Wróć

Turcja | czerwiec 2025

MERHABA!

 

Są miejsca, które zostają w pamięci jak nagły błysk flesza – ostro, ale przelotnie. I są takie, do których wraca się po raz drugi i dopiero wtedy widzi się ich prawdziwe światło i oblicze.
Tak w nowej optyce widzę Turcję.

Pierwszy raz – zachwyt nad tym, co zewnętrzne. Drugi raz – zrozumienie.
Może dlatego, że tym razem zszedłem z utartych szlaków, przetarłem obiektyw z nadmiaru zachodów słońca i skupiłem się na tym, co prawdziwe. Ludzie, przestrzenie, odbicia, zapachy, smaki. Rytm lokalnych zwyczajów. Tygodniowa wyprawa do Alanyi nie była tylko kolejną, lekką podróżą. Była dobrym pretekstem, by spojrzeć głębiej i zapisać ten wyjazd w pamiętniku fotografa z duszą reportera.

Zaczęło się od morza

 

Rejs wzdłuż wybrzeża Alanyi – światło, cień, skały i pianoburze

Zanim pozna się Turcję od środka, dobrze jest spojrzeć na nią z dystansu – z pokładu statku. Nie przez hotelowe lobby, nie przez folder biura podróży, nie kolejną rolkę z social mediów. Tylko tak, jak przez setki lat poznawali ją żeglarze, kupcy i podróżnicy: od strony wody.

Bo Turcja to nie tylko kraj – to brzeg kultury, z której niegdyś wypływał cały świat. Tego ranka, zanim jeszcze słońce wstało na dobre, wsiedliśmy do autobusu. Port, z którego wypłynęliśmy, był oddalony o niecałą godzinę drogi – wystarczająco, by zdążyć wyciszyć głowę, ale nie na tyle, by zdążyć się znudzić. I nagle: łoskot silników, skrzypienie trapu, pierwsze promienie światła łamiące się na pokładzie. Ruszyliśmy!

Aparat gotowy. Kadry czekają.

Po jednej stronieskały i mury twierdzy. Czerwona Wieża patrzy na nas jak strażnik starego świata. Według legend zbudowana została w XIII wieku przez sułtana Alaeddina Keykubada – władcę, który mógłby dziś z łatwością zarządzać siecią luksusowych resortów, gdyby tylko zrezygnował z fortyfikacji.

Po drugiej stronieplaża Kleopatry, rzekomo podarowana egipskiej królowej przez samego Marka Antoniusza. Piasek miał zostać przywieziony specjalnie z Egiptu – a my, płynąc obok, próbowaliśmy wyobrazić sobie, czy dzisiejsi turyści wiedzą, że spacerują po piasku o imperialnym rodowodzie.

Pomiędzy tym wszystkimjaskinie. Zakochanych, Piracka, Fosforyzująca. W każdej z nich – legenda oraz cień, cień legendy bo, gdzie aparat nie sięga, zaczyna się wyobraźnia.

Potem nadeszła część, która podzieliła statek na na sektory – piana party! Piana wypełniła cały pokład po szyję! Miesza się z połyskiem wody, a z głośników leci wszystko, co można zatańczyć z drinkiem w dłoni. Dla niektórych – niepotrzebne. Dla innych – kulminacja.
Dla mnie? Obserwacja. Światło łamie się tu inaczej. Ludzie rozluźnieni. Mogę swobodnie łapać szczerość. Z tej perspektywy Turcja przypomina stronę książki, którą możesz czytać tylko z jednej strony – od morza. Na statku nie ma zasięgu, i dobrze, bo to jest właśnie ten moment, kiedy trzeba wyłączyć telefon i włączyć obecność.

Alanya z góry, i z dołu – miasto, które widzi więcej niż Ty

 

Gdy patrzysz z góry, wszystko staje się prostsze, prawda? A może jest jednak odwrotnie?

Niektóre miasta pokazują się od razu. Inne – wymagają, żebyś się wspiął. Alanya do nich nie należy. Alanya to miasto, które najpierw każe Ci poczuć pot, potem każe Ci patrzeć, a dopiero na końcu – pozwala zrozumieć.
To tu kolejka Teleferik łagodnie wynosi turystów i lokalnych pod samą twierdzę, żeby za chwilę sprowadzić ich z powrotem – dokładnie w to samo miejsce, ale już nieco innych.
Bo z góry wszystko wygląda inaczej. Nawet bazar z podróbkami nabiera pewnej – nazwijmy to – godności. Nawet piasek na plaży przypomina o tym, że każde ziarno ma swoją historię.
Oto Alanya – miasto zbudowane na górze i w cieniu murów. I wpisane w fotografię jak światło w cień.

Teleferik – droga pomiędzy dwiema wersjami rzeczywistości

Kolejka linowa Teleferik to więcej niż atrakcja turystyczna. To podróż inicjacyjna. Z dołu: zgiełk, hałas, bazar, plaża, turyści w dmuchanych flamingach. Z góry: cisza. Zawieszenie. Przestrzeń. Podróż trwa tylko 4 minuty, ale w tym czasie można przewartościować kilka rzeczy. Kabiny suną powoli, jakby niosły pytania, a nie ludzi. Widok z góry na Alanyę to jak przypomnienie, że każdy chaos jest tylko fraktalem – gdy patrzysz z odpowiedniego poziomu.

Wzgórze Kale – cytadela światła i kamienia

Na szczycie – twierdza Kale. Kamienna forteca seldżucka, która rozgościła się tu w XIII wieku i najwyraźniej nie zamierzała schodzić. 6,5 km murów, których zadaniem nie było tylko obrona – one miały przypominać, kto tu patrzy z góry. Wchodząc po kamiennych schodach – w pełnym słońcu – człowiek czuje się trochę jak stoik próbujący dojść do prawdy przez kolejne poziomy cnoty. I oto nagroda: widok na Morze Śródziemne, Alanyę rozciągniętą na dole jak tkanina i… coś jeszcze. Meczet Süleymaniye, skryty w cieniu murów, gdzie powietrze pachnie echem modlitw. Niepozorny, ale piękny. Odbudowany w XVI wieku przez sułtana Sulejmana Wspaniałego – z prostotą, która każe milczeć.

Mało kto wie, że w dawnych czasach więźniów zrzucano z murów Kale do morza. Jeśli przeżyli – byli niewinni. Wersja weryfikacji moralnej, której nie przewiduje żadna ustawa o przeciwdziałaniu przemocy.

Zejście do miasta – dysonans w cieniu podróbki

Zjazd kolejką z powrotem do miasta był jak powrót z medytacji do reality show. Z góry patrzy się na świat jak filozof. Na dole – trzeba już znowu negocjować cenę za ręcznik „Louis Vitton”. Bazar w Alanyi to miejsce, które zasługuje na osobny przewodnik. Nie dlatego, że jest wyjątkowy – tylko dlatego, że jest doskonały w tym, czym jest.

Teatrem.

Sprzedawca ma monolog, Ty masz swoją rolę, a całość kończy się zdjęciem z arbuzem i zakupem rzeczy, której nie potrzebujesz. Ale tak ma być. Między stoiskami z przyprawami i perfumami o nazwach „Dolce Banana” lub „One Million Turkish Nights” zrobiłem więcej zdjęć niż w twierdzy. Bo tam były emocje. Ręce. Twarze. Autentyczność przemycona w teatrze.

Damlataş – podziemne płuca i uzdrawiające krople

Jaskinia Damlataş to jak zejście do wnętrza powietrza. Znaleziona w 1948 roku, przy okazji budowy portu. Wewnątrz: stała temperatura (22–23°C), 95% wilgotności, stężenie CO₂ wyższe niż na zewnątrz. Brzmi jak przepis na życie rośliny – albo uzdrowienie astmatyka. Tureccy lekarze naprawdę kierują tu swoich pacjentów. Wchodzą do środka, siadają, oddychają. Niektórzy z zamkniętymi oczami. Niektórzy z otwartymi ustami. Ja – z aparatem, ale tylko na chwilę. W takich miejscach warto być. Po prostu być. Jak mawiali taoistyczni mistrzowie: „Bez wysiłku znika napięcie”.

Alanya w obiektywie – między kadrem a sensem

Z punktu widzenia fotografa, Alanya z góry i z dołu to dwie zupełnie inne opowieści. Na górze – światło, przestrzeń, kompozycja. Na dole – faktura, intensywność, emocja. To jedno z tych miejsc, które zmienia się nie w zależności od pogody, ale od kąta spojrzenia. I właśnie to czyni z niej idealne miejsce na wyjazdy typu incentive – bo każdy uczestnik widzi coś innego. A moim zadaniem jest to zobaczyć i uwiecznić, zanim zniknie.

Alanya nie próbuje udawać. Ona tylko pozwala, żebyś sam odkrył, co chcesz z niej zabrać. Czasem będzie to zdjęcie murów z wysokości. Czasem słoik z przyprawami z bazaru. A czasem – po prostu świadomość, że świat to teatr, ale nie każdy gra w tej samej sztuce. I to właśnie w takich miejscach fotografia zaczyna oddychać. Nie jako obraz, ale jako historia, która chce być opowiedziana.

Błękitny Kanion i impreza na kołach – jeepem przez turecki epos

 

Gdy Epikur usiadłby za kółkiem jeepa

Zaczęło się imprezowo. Wskakujemy do otwartego jeepa – dziesięć osób, znajomych twarzy, kurz i słońce, które ledwo zdążyło się pojawić. Epikur by się ucieszył – „przyjemność to dobry początek”. A jeśli trwa 10 godzin i kończy się wspólną kąpielą w kanionie – to już fiesta filozoficzna. Kierowca, specjalista od zakrętów i letnich przeżyć, rusza przed siebie. Droga? Czysta manifestacja adrenaliny. Każdy zakręt przypomina, że wyjazd incentive może być bardziej emocjonujący niż niejeden afterparty.

Droga kamieni, akweduktów i nieoczekiwanych widoków

Przecinamy fragmenty akweduktów z czasów rzymskich. Ich kamienie mają więcej szczęścia niż niejeden współczesny monument – stoją tu od dwóch tysięcy lat i nadal działają.

A potem – tama. Ogromna, jak gdyby chciała nas zapytać: „Masz odwagę, by się moczyć w kanionie?”. Zjeżdżając dalej, mijamy tunele w skale. W połowie dnia temperatura dochodzi do 35°C. My wyglądaliśmy jak miss mokrego podkoszulka. I wtedy wjechało zraszanie. Woda – radosna rewolucja – rozpryskuje kurz i śmiechy. W tych chwilach każdy łyk orzeźwienia to jak toast Epikura za prostą przyjemność życia.

Kiedy rzeka staje się lustrem, a stateczek – chwilą ciszy

Po kilku godzinach w rytmie silnika i serpentyn, pojawiła się Ona – Woda. Nie morze, nie rzeka. Coś pomiędzy – kanion zalany światłem i legendą. Stateczek nie spieszył się. Nikt nie musiał. Błękit rozlewał się w oczach jak farba z palety impresjonisty, a cisza, która towarzyszyła temu pejzażowi, nie była ciszą milczenia, tylko ciszą podziwu. Temperatura wody: ok. 22 stopnie. W sam raz, by ciało odetchnęło, a głowa się wyczyściła. Kiedy zanurzasz się w tej turkusowej tafli – nie myślisz o zdjęciach pod publikę – na główną stronę Instagrama, tylko o tym, że może właśnie to jest moment, do którego chcesz kiedyś wrócić. Kurz z drogi, zmęczenie, pot, sól, całe to jeepowe szaleństwo – wszystko zostało w górze. Tutaj zostało tylko: ja, aparat i ta rozlana cisza między zboczami.

Zamknięcie safari: między kurzem a katharsis

Góry bywają wzniosłe. Dolomity, Alpy – zachwycają, zgoda. Ale to, co wydarzyło się między kołami jeepów a wodą Błękitnego Kanionu, miało w sobie coś z rytuału. Jakbyśmy uczestniczyli w obrzędzie oczyszczenia – tylko zamiast kadzidła była adrenalina, a zamiast świętej księgi – mapa szutrów. Zraszanie wodą? Nie był to żart – to był styl przetrwania. Co kilka kilometrów – orzeźwiający prysznic z wiadra i okrzyk radości, jakbyśmy wracali do dzieciństwa. Gdzieś po drodze czarna koza przecięła nam ścieżkę. Lokalni szeptali, że to dobry omen. Może. A może po prostu – przypomnienie, że szczęście często przychodzi nie tam, gdzie planujesz, tylko tam, gdzie nie możesz zawrócić. Na końcu dnia: ciało znużone, pamięć rozświetlona, aparat pełen i umysł – lekki. Jakby ta podróż coś wywiała z nas – i zostawiła w zamian coś lepszego.

Podsumowanie

 

Są miejsca, które olśniewają od pierwszego wejrzenia. I są takie, które trzeba oswoić. Turcja należy do tej drugiej kategorii –  bo jej prawdziwy urok nie leży na powierzchni, tylko w warstwach. W cieniu pod skałą, w rozmowie przy herbacie, w śladzie stopy na rozgrzanym bruku. To nie była podróż idealna. Było gorąco. Był kurz. Były kolejki. Ale właśnie w tej nieidealności objawia się coś prawdziwego – coś, co zostaje z Tobą dłużej niż zdjęcie. Zobaczyłem Turcję z nowej perspektywy. Nie tylko z góry i nie tylko z jeepów. Zobaczyłem ją oczami zmęczonego fotografa, który zrzuca z siebie kurz i razem z nim wszystko, co zbędne. To był tydzień nie tylko zwiedzania. To był tydzień, w którym oddychałem kadrami i znowu przypomniałem sobie, że aparat – jeśli dobrze go użyć – może być mapą do czegoś więcej niż tylko krajobraz.

Autopromocja! 😉

 

Ten wyjazd był też czymś więcej niż podróżą. To był jeden z tych incentivów, które łączą wypoczynek z realnym rozwojem. Na miejscu – w otoczeniu krajobrazów, które same proszą się o kadr, przeprowadziłem warsztaty fotograficzne, skupione na świadomym patrzeniu, kompozycji i uchwyceniu tego, co nieoczywiste. Bo właśnie podczas takich wyjazdów – kiedy jesteśmy zrelaksowani, obecni i daleko od codziennych zadań – uczymy się najskuteczniej. Zdjęcie nie jest już tylko wspomnieniem. Staje się świadectwem spojrzenia, a to, czego uczymy się patrząc, przekłada się potem na sposób, w jaki działamy – w pracy, w relacjach, w życiu. Dlatego jeśli chcesz, aby Twój zespół doświadczył czegoś więcej niż wakacji – zaproś ich w podróż, która zostanie z nimi na dłużej.

Jeśli szukasz kogoś, kto nie tylko wykona zdjęcia, ale też opowie Twoją historię – subtelnie, autentycznie, i z dystansem – zapraszam do współpracy.

kasjanf
kasjanf
http://kasjanf.pl